DZIEŃ SIÓDMY (7 sierpnia ’44)

Byłam tym wszystkim tak zdenerwowana, że chyba przez cztery – pięć dni nic nie jadłam. Żyłam w otępieniu, przygnębieniu i ogromnym stresie obawiając się, że lada moment znowu coś złego może się z nami przydarzyć. Nie mogliśmy się czuć bezpiecznie, choć pozornie tak to wyglądało. Wojna rządzi się swoimi regułami, a prawo silniejszego odbiera prawa słabszego. Dookoła nadal było niespokojnie i choć bezpośrednie walki przesunęły się do Śródmieścia, praktycznie w każdej chwili mógł wejść jakiś esesman i zabić wszystkich. Ot tak sobie. Ten kolejny, straszny dzień wlókł się niemiłosiernie. Pod bokiem mieliśmy niemiecki punkt sanitarny, w skrzydle rannych Powstańców i my bezbronni, a nawet ze strony Polaków spotykaliśmy się wtedy z różnymi reakcjami. Niczego nie można było być pewnym.

W ten poniedziałek wróciły też cztery siostry zakonne – Szarytki, które zajęły się ponownie kuchnią. Tylko dzięki temu, że wcześniej pochowały w zakamarkach zapasy żywności, miały co gotować dodając nam sił, aż do momentu nadejścia pierwszych ludzi z miasta – zajmowanego znowu przez Niemców.
Niemieccy lekarze odizolowali się w międzyczasie od nas, zajmując niewielką część szpitala, stworzyli tam małą izbę chorych z łóżkami. Kuchnię mieli własną, polową i nie korzystali z naszej. Był to punkt przejściowy służący do przekazywania rannych żołnierzy transportom w głąb Rzeszy. Pozwolono nam jedynie robić drobne opatrunki. Nie wtrącali się także do pochodzenia osób, które docierały do naszego szpitala, co dało nam możliwość zwożenia rannych Powstańców. Tamci byli tak zajęci frontem, że to tutaj było dla nich nie istotne. Dzięki temu, mogliśmy funkcjonować niezależnie od nich, nie informując ich o naszej sytuacji. Do tego stopnia, że jeden z niemieckich sierżantów pochodzący z Prus Wschodnich, nazywający się Schulz, zaczął przywozić nam rannych swoją sanitarką będącą na terenie naszego szpitala. Ów sierżant „Papa”, bo taki otrzymał przyjazny przydomek dzięki wielkiej ofiarności – na granicy ryzyka utraty życia, mając dużą swobodę i nie będąc kontrolowanym, przywoził papierosy rannym Powstańcom leżącym w skrzydle. Pod koniec dnia przyszedł na opatrunek niemiecki żołnierz. Jak się okazało Czech. Powiedział nam wówczas, że jesteśmy głupimi Polakami, gdyż robimy powstania, a potem nic z tego nie mamy. Tylko masakra i śmierć. Wtedy coś we mnie pękło i rozpłakałam się.
Był to dla mnie przełomowy moment, bo właściwie od tego momentu zaczęłam jakoś normalniej żyć. Poczułam głód, poczułam sens życia. Wtedy z koleżanką, zaczęłyśmy wychodzić w rozpoznany teren, gdzie leżało jeszcze pełno trupów i zbierałyśmy nieśmiertelniki, aby było wiadomo, kto tam poległ.

Ten kolejny odcinek z cyklu siedmiu krótkich relacji z powstańczej peryferii (zamykający pierwszy tydzień Powstania Warszawskiego, który przeżyła Uczestniczka tamtych wydarzeń) na podstawie nieopublikowanych dotąd wspomnień pt. „ZDOLNOŚĆ PRZETRWANIA”, które ukażą się z początkiem przyszłego roku – obejmującej okres sprzed I wojny światowej do lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia.

Autor: Marian A. Nocoń