GÓRSKI TRAF.

Kilka dni temu wróciłem z kolejnej górskiej wycieczki i przypomniała mi się nieodległa historia. 

Taki górski traf. 

Kolejny raz wybierałem się w góry. Z zamiłowania do górskich wędrówek, trwającego kilka dziesiątek lat.

Tym razem miałem wspierać studencką grupę w krótkiej, jednodniowej wycieczce po Tatrach Wysokich.

Dopingowało i dawało sposobność do wędrowania w gronie fajnych ludzi. Cel stał się jasny: wejście ze słowackiej strony, przejście przez Rysy i dotarcie do schroniska Nad Morskim Okiem.

Idąc po kamienistej ścieżce, zamykałem grupę, korzystając z możliwości filmowania i fotografowania roztaczających się panoram.

Słoneczna pogoda oraz pogoda ducha dobrze rokowały naszej wycieczce oraz efektom mych prac. Aurę doceniły ją też rzesze turystów, tłumnie wchodząc i schodząc wąską ścieżką, tworzącą z góry – krętą tasiemkę punkcików.

Zadowolony, choć zmęczony dotarłem do ostatniej przed szczytem przełęczy. Zostało jakieś 130 metrów przewyższenia. W kilkoro osób, zatrzymaliśmy się, by odpocząć i popodziwiać rozległe panoramy licznych łańcuchów górskich, mając po przeciwległych stronach wyniosłe szczyty: Wysokiej i Rysów.

Poczułem satysfakcję i zadowolenie, że znowu mogę tu być, a łaskawa pogoda nie zasłoniła o tej porze wszystkich pasm. Aparat przykleił się do mej twarzy. Po odetchnięciu zaczęliśmy wesołe rozmowy i snuć plany na najbliższe godziny.

Los.

Z ciągnącego w górę i w dół sznura turystów, odłączył się jakiś starszy jegomość, wyglądem przypominający pioniera turystyki. Nie, co dzień ma się okazje spotykać kogoś takiego, więc chętnie przystaliśmy na jego zaczepkę. Wybierał się na Rysy pozostawiwszy swoją grupę w schronisku, leżącym 90 metrów poniżej.

Obserwując go, coś zaniepokoiło mnie. Intuicja podpowiadała czujność. W jego dużym zapale, nie dostrzegłem w ruchach energii. Poprosiłem, więc go, aby zrezygnował z dalszego wchodzenia i zszedł z powrotem do schroniska. Nie trudno się było jednak domyślić, jak mógł zareagować. Wydobyłem wtedy swój przodownicki autorytet, który powstrzymał go na chwilę. Nie odważył się przejść koło mojego nosa w górę. Widział, że go obserwuję. Usiadł więc niedaleko opierając się o skałę. My wróciliśmy do przerwanej rozmowy. I wtedy zobaczyłem przez ramię mojego rozmówcy, jak ów senior opada na bok, uderzając bezwładnie głową o skaliste podłoże.

Od razu pozostawiłem swych rozmówców, podbiegając do leżącego. Wspólnie z kimś, kto też podbiegł do nas, oparliśmy siedzącego seniora o skałę. Wystający, ostry kant kamienia, odcisnął się na głowie pechowca krwawą raną. Wtedy dokonała się we mnie przemiana. Przyjrzałem się przybrudzonej ranie z wyciekającą obficie krwią. Poproszona turystka o pomoc w zatamowaniu, zgodziła się, choć stwierdziła bezradnie, iż nie ma ze sobą opatrunków. Była ratowniczką z pogotowia. Kamień spadł mi z serca. Poprosiłem ją zaraz o podtrzymanie zwiotczałego torsu rannego, samemu sięgając po apteczkę, w leżącym dalej plecaku. Współdziałając oczyściliśmy ranę. Rana była głębsza, niż myśleliśmy. Dopiero piąty tampon zahamował wypływ krwi. Działałem jak w amoku. Podawałem kolejne akcesoria, wydawałem polecenia i przydzielałem zadania moim znajomym. Ratowniczka założyła kolejny opatrunek, który tym razem nie zaplamił się. Poczułem się spokojniejszy. Ocuciliśmy pechowca. Mój kolega podał płyn energetyczny, koleżanka baton. Z wolna dochodził do siebie. Wypił kilka łyków, przegryzł batonika. Wtedy zorientowałem się, że obserwuje nas wiele ciekawskich oczu. Kiedy jednak spojrzałem na nich, wszyscy zwrócili swe spojrzenia na okoliczne panoramy Wysokich Tatr. Z wysokości przełęczy Sedla Vaha sięgającej 2340 n.p.m., widoki były piękne, ale nie miałem na to czasu. Ranny zaczął mówić. Przepraszał za kłopot i tłumaczył się tym, że zaniedbał wzięcia rano leku na nadciśnienie. Podaliśmy mu tabletkę, co po chwili ustabilizowało jego stan. Wciąż jednak mi się nie podobał. Niektóre jego zdania były bez sensu. Nie mógł też ustać, próbując na siłę, się pozbierać.

Poprosiłem go, żeby odpoczął, choć próbował zejść sam. Nie zgodziłem się. Kazałem mu usiąść, a moi znajomi mieli tego dopilnować. Ratowniczka, tłumacząc się późną porą, zeszła w dół doliny. Fakt, przed nią było jeszcze 5 godzin schodzenia. Ranny senior nie nadawał się do zejścia, a głębokość rany mogła zagrozić mu niebawem obrzękiem i skończyć się śmiercią. Poprosiłem więc kolejno kilkoro schodzących turystów o wezwanie ratowników ze schroniska „Pod Rysmi”, gdyż nasze próby zniesienia go na dół były ryzykowne i czasochłonne. Telefon do TOPR-u nie miał zasięgu. Wszak byliśmy pod szczytem Rysów od Słowackiej strony i nadchodzące nisko chmury, mogły tłumić sygnały naszych telefonów. Oczekiwania na pomoc z dołu i z góry nie dawały efektów. Sytuacja z każdą minutą stawała się groźniejsza.  Zszedłem w dół do schroniska, na obolałej stopie, kontuzjowanej lekko podczas pośpiesznego wyprzedzania maruderów. Schronisko oblepione było wszystkimi, którzy chcieli czegoś się napić, zjeść, czy odpocząć. Nie licząc setki ludzi. Tłok, ścisk i nie przychylne spojrzenia na intruza próbującego przecisnąć się przed nich.

Dopiero głośne „Akcja ratownicza”! wyjaśniło na tyle, że zaczęto mnie przepuszczać w stronę baru. Kiedy wreszcie dotarłem do obsługi schroniska, też nie było łatwo. Zajęci obsługą gigantycznego ruchu klientowskiego, nie koncentrowali się na moich słowach. Okazało się potem, że w takie weekendowe dni lata, mają kilka zbędnych zgłoszeń dziennie. Niedawno też inna załoga ratownicza zginęła lecąc w podobnych warunkach na ratunek. W końcu stosując groźby i godząc się na wzięcie za to odpowiedzialności, przyszedł do mnie kierownik. Przekonując go o powadze sprawy, legitymując się kwalifikacjami przodownickimi, pokonałem i jego barierę. Wezwał helikopter, ale ja musiałem jeszcze z plecakiem wrócić do rannego, aby nakierować pilota. Ogromnie zmęczony, jeszcze raz musiałem wrócić na przełęcz. I to szybko. Zanim nadleci pomoc. Na górze musiałem jeszcze zabezpieczyć pole i cofnąć tłum gapiów kręcących wszystko komórkami. Dla ich bezpieczeństwa, przed kamieniami, które mogły się wzbić pod wpływem wirujących łopat helikoptera. Ale wciąż ktoś podchodził, wcale nie zamierzając pomóc. Koleżanka wciąż prowadziła rozmowę z rannym, aby nie wyłączył swej świadomości. Kolega pomagał mi w przeganianiu tych, którzy chcieli być bliżej, aby mieć lepsze ujęcie. Gdy usłyszałem w dole odgłos silnika, basowo odbijającego się od ścian wysokich grzbietów, poczułem dodatkowe emocje. Po spektakularnym jego nalocie, odbyła się konsultacja z opuszczonym ratownikiem. Bałem się, że odmówi zabrania rannego a mnie ochrzani za ich niepotrzebne wezwanie. Ale nie. Wysłuchał mnie z uwagą, podziękował informując, że ewakuują go drogą powietrzną do popradzkiego szpitala. Gdy odlecieli, zaczęliśmy schodzić rezygnując ze zdobycia Rysów. Wokół schroniska długo szukałem ludzi z jego wycieczki, ale po przepytaniu różnojęzycznego tłumu, odnalazłem jego towarzyszy. Przyjęli informacje z zaskoczeniem, gdyż nic nie wiedzieli.

Wracaliśmy z moimi towarzyszami nie rozmawiając o tym.

Przekonałem się też kolejny raz, że przede wszystkim trzeba liczyć na siebie. A nasze cele nie są najważniejsze i czasem trzeba przegrać, aby wygrać.