Dochodziła północ. Po skompletowaniu kolejnej partii materiału, zabrałem się do opisania sceny z przejściem podziemnym w Niezabliźnionej nici. Suchość w gardle, zwilżyłem resztką wystygłej herbaty. Spojrzałem na ostatni fragment. Kropka w jego zakończeniu poruszyła się. Palce, gotowe do uderzenia w klawisze, zastygły w bezruchu.

– Oho! – pomyślałem. – Czas chyba kończyć. Widocznie zmęczony umysł płata mi już figle. A tyle jeszcze chciałem napisać.

Spojrzałem zrezygnowany na kartki z informacjami o zamku, w którym toczyła się akcja.

Wróciłem wzrokiem na ekran, na którym kropka wciąż pięła się ku górze, kpiąc z mojej logiki. Chwyciłem za myszkę zamierzając powstrzymać mobilność interpunkcji. Jednak klikanie niczego nie zmieniło Ona wciąż wdrapywała się wyżej i wyżej.

To pokazało mi, że nie jest temu winien, ani sprzęt, ani oprogramowanie.

– Niechybnie mam omamy zmęczenia.

Przesunąłem więc kursor na pole „zamknij”. Palec zadrżał. Dopiero wówczas dostrzegłem ledwie widoczne nóżki przyklejone do kropki i białego ekranu. To one przesuwały ją ku czarnej ramce.

– Nie jest jednak tak źle – poczułem ulgę.

Uśmiechnąłem się i uzupełniłem wakat po kropce na końcu zdania. To rozluźnienie wybiło mnie jednak z zapału do dalszej pracy. A może do głosu doszła refleksja przerwania tego maratonu?

W każdym razie, zamiar opisywana atmosfery starego przejścia – tonącego w ciemności, stęchliźnie i rozległych pajęczynach, przesunąłem na następny wieczór. Mały pajęczak z ekranu wylądował za oknem, a ja w łóżku. I na tym koniec kropka.