Najwięcej wiadomości po „Wszystko się zmieniło” dostaję nie o katastrofach, tylko o relacjach.
Jedna Czytelniczka napisała do mnie kiedyś bardzo prosto:
„Jak on mógł nie zadzwonić do żony?”
I to mnie zatrzymało bardziej niż wiele pytań o samą fabułę. Bo w tym jednym zdaniu jest coś, co dla mnie stanowi sedno tej książki. Nie to, że świat się zmienia. Tylko to, że my zaczynamy wybierać inaczej, kiedy robi się trudno.
W chwilach napięcia człowiek potrafi bardzo szybko wmówić sobie jedno słowo: później.
Później zadzwonię.
Później wyjaśnię.
Później wrócę do tego, co ważne.
Tylko że „później” czasem nie przychodzi.
Właśnie dlatego ta historia, choć ma w sobie wyprawę, drogę i konkretne niebezpieczeństwa, od początku była dla mnie także opowieścią o relacjach. O tym, co dzieje się z człowiekiem, kiedy pęka plan, znika wygoda, a na pierwszy plan wychodzi nie to, co deklarujemy, tylko to, jak naprawdę zachowujemy się pod presją.
Jeden z fragmentów tej książki dotyka tego bardzo wprost:
„Najgorsze nie było to, że nie mogłem wrócić. Najgorsze było to, że oni tam byli i mogli pomyśleć, że ich zostawiłem.”
Lubię ten moment nie dlatego, że jest dramatyczny. Lubię go dlatego, że jest ludzki. Pokazuje coś, o czym rzadko myślimy na co dzień: że kryzys nie zawsze zaczyna się od wielkiego wydarzenia. Czasem zaczyna się od drobnego przesunięcia priorytetów. Od jednego zaniechania. Od jednego telefonu, którego nie wykonaliśmy. Od jednej rozmowy, którą przesunęliśmy na później.
Być może dlatego część czytelniczek tak mocno reaguje na warstwę wyprawową tej książki. Nie tylko dlatego, że Kilimandżaro jest realne, namacalne i fizyczne. Także dlatego, że w tej drodze wyraźniej widać, co człowiek spycha na dalszy plan, gdy zaczyna walczyć o odzyskanie kontroli.
I może właśnie to jest dla mnie najcichszym, ale najważniejszym pytaniem tej opowieści:
co odkładamy na później, kiedy robi się trudno?
I czy naprawdę chcemy, żeby to było później?
Jeśli ta książka zostawia coś po lekturze, to nie tylko napięcie. Zostawia też lekkie ukłucie w miejscu, w którym każdy z nas ma swoje niedokończone rozmowy, nieoddzwonione telefony i sprawy, które „jeszcze zdążymy”.
A przecież nie zawsze zdążymy.


