Są takie historie, które od pierwszych stron od razu próbują podnieść stawkę. Szybko wprowadzają napięcie i dają czytelnikowi sygnał, że za chwilę wydarzy się coś, co wszystko przestawi. Ale są też opowieści, które wybierają inną drogę. Nie zaczynają od huku, tylko od ruchu. Od wyjazdu. Od oddalenia. Od człowieka, który jeszcze nie wie, jak bardzo ta droga go zmieni.
We „Wszystko się zmieniło” od początku poprowadziłem właśnie w ten sposób.
Nie od wielkiego wydarzenia, ale od podróży.
Najpierw jest Afryka. Kilimandżaro. Wyjazd, który z zewnątrz można odczytać jak spełnianie marzenia, próbę przygody albo potrzebę wyrwania się z codzienności. Ale taka droga nigdy nie jest tylko drogą w sensie geograficznym. Człowiek nie jedzie tak daleko wyłącznie po widok, wysiłek czy zdjęcie ze szczytu. Jedzie także po coś mniej uchwytnego: po zmianę perspektywy, po chwilę oddalenia od własnych spraw, po próbę odzyskania wewnętrznego porządku.
I właśnie ten wymiar był dla mnie ważny od początku.
Nie interesowało mnie Kilimandżaro jako pocztówka. Interesowało mnie jako doświadczenie. Jako rytm kroków, zmęczenie, wysokość, oddech, skupienie. Jako sytuację, w której człowiek stopniowo odcina się od zwykłego hałasu, a zostaje z tym, co naprawdę w nim pracuje.
Dlatego pierwsze rozdziały tej książki nie miały być tylko wprowadzeniem. Nie miały być tłem, które trzeba „przejść”, zanim zacznie się właściwa historia. One same są częścią tej historii. I to częścią niezbędną.
Bo jeśli czytelnik ma później naprawdę poczuć wagę tego, co przychodzi, musi najpierw wejść w drogę. Musi poczuć, że idzie z bohaterem, a nie tylko mu się przygląda. Musi usłyszeć ten rytm, w którym świat zawęża się do rzeczy podstawowych: kolejnego kroku, oddechu, wysiłku, odpoczynku, wytrwania.
„Ich zmysły milczały. Pozostała tylko w nich potrzeba: kroczenia i nie przewrócenia się, by nie przestać w dotarciu do celu.”(cytat z książki).
Bardzo cenię te reakcje Czytelników, w których wraca nie tyle sama ocena fabuły, ile właśnie poczucie uczestnictwa. To, że nie mieli wrażenia, jakby czytali o czyjejś wyprawie, ale jakby sami w nią weszli. Jakby szli obok Jakuba – głównego bohatera, a czasem nawet w jego miejscu. To dla mnie ważniejsze niż szybkie „ale to mocne”, bo znaczy, że ta część naprawdę zadziałała tak, jak chciałem: nie jako dekoracja, tylko jako doświadczenie.
Myślę, że właśnie dlatego początek tej książki oddziałuje tak bezpośrednio. Nie dlatego, że ma w sobie egzotykę. Ale dlatego, że opiera się na czymś bardzo ludzkim i rozpoznawalnym: na potrzebie wyjścia z własnego życia choć na chwilę, żeby lepiej usłyszeć samego siebie. Na nadziei, że droga coś uporządkuje. Że może pozwoli zostawić za sobą to, co ciąży. Że ruch przyniesie prostotę.
I uważam, że przez pewien czas tak właśnie jest.
Wyprawa ma w sobie coś oczyszczającego. Wymaga obecności. Zmusza do skupienia na tym, co najprostsze. Może właśnie dlatego tak dobrze nadaje się do opowiedzenia historii, która później zaczyna iść w stronę napięcia psychologicznego. Bo wcześniej daje czytelnikowi zakotwiczenie. Daje mu grunt. Daje poczucie, że zna ten świat, że wszedł w niego, że czuje jego temperaturę.
A kiedy później coś zaczyna się przesuwać, czytelnik nie stoi już obok tej historii. Jest w niej. Nie obserwuje zmiany z dystansu. Odczuwa ją od środka.
To był dla mnie ważny wybór pisarski: nie zaczynać od najwyższej stawki, tylko od drogi, która wygląda jak początek przygody, a okazuje się początkiem czegoś znacznie trudniejszego do nazwania.
„Z każdym krokiem pod górę, robiłem krok ku sobie — ku temu, co naprawdę ważne.”
Lubię myśleć o tych pierwszych rozdziałach właśnie w ten sposób: nie jako o prologu, ale jako o momencie wejścia w opowieść, która najpierw wciąga czytelnika w ruch, przestrzeń i doświadczenie, a dopiero później pokazuje, że żadna droga nie jest tylko drogą.
Może właśnie dlatego „Wszystko się zmieniło” najmocniej działa nie wtedy, gdy wszystko staje się już wyraźne i nazwane, ale wcześniej — kiedy człowiek jeszcze idzie, jeszcze wierzy, jeszcze próbuje zostawić coś za sobą i nie wie, że za chwilę będzie musiał spojrzeć na siebie i swój świat inaczej.
I może właśnie dlatego ta historia zaczyna się od podróży.
Nie jest tu jest ozdobą tej opowieści. Droga pierwsza otwiera człowieka na zmianę, której jeszcze nie umie nazwać.


