DLA NOCNYCH MARKÓW – mikropowieść

Tuż po północy skończył myć zęby. Perspektywa dłuższego snu w sobotnią noc dobrze go nastrajała. Rzucił okiem na lustro i zgasił światło. Po ciemku szedł przedpokojem do sypialni, gdzie od paru godzin spała żona.
Dochodząc, zobaczył w odbiciu szyby sąsiadujących drzwi, prowadzących do salonu, czerwone odbicie cyfr zegara z kuchni.
Kwadrans nowego dnia, pomyślał naciskając klamkę.
Zgrzytnęła jak zwykle, choć starał się otworzyć drzwi jak najciszej. 
Przekroczył próg, gdy usłyszał z oddalonej kuchni szmer, nie przypominający agregatu lodówki.
Zmęczenie i lenistwo były silniejsze, aniżeli strach. Zamykając pokój odciął się od wszystkiego i pod kołdrą poczuł błogie ukojenie.
Zasnął, jak się mu zdawało. Nie rozumiał tylko, dlaczego wpatruje się w róg sypialni
Z przedpokoju doszły do niego szurania podobne do tych, jakie często słyszał w domu rodziców. Trwały krótko, po czym wszystko ucichło. Senne sekundy ciążyły mu, jak całe godziny na nocnej zmianie. Przymykając oczy spojrzał przez szparki w bok, na śpiąco głęboko żonę. Jego kąciki ust zaokrągliły się.
Jak dobrze, pomyślał.
Kolejny raz uświadomił sobie, że patrzy w ten sam róg pokoju. Nastawił uszu kierując oczy na szybę drzwi, na której przygaszonym blaskiem odbijało się światło ulicznej latarni.
Trzecią piętnaście wskazywał budzik.
Zdziwiony upływem czasu, bo był zmęczony tak, jakby w ogóle nie spał. Po kilkukrotnej zmianie położenia, znowu patrzył w róg pokoju.
Usiadł zlany potem. Patrzyła na niego ciemna postać, ledwo widoczna w ciemnym rogu.
Przywidzenie, pomyślał.
Im bardziej natężał wzrok, tym bardziej stawała się widoczna.
Złodziej, pomyślał gorączkowo szykując się do wstania na równe nogi.
Wówczas ciało żony uniosło się znad posłania lewitując wraz z ciężką kołdrą, powyżej jego głowy.
Co się dzieje? – wymamrotał do siebie.
Dotknął kołdry i jego dotyk potwierdził to, co widział.
Znieruchomiał z wystawioną nogą na zimnej podłodze.
– Ewa. Ewa! – szukał w niej oparcia, lecz ona wciąż spała.
Bliski paraliżu, obrócił się w stronę kąta. Zjawa wpierw zbliżyła się do niego wyciągnięcie ręki, a gdy myślał, że go dotknie – przeszła bokiem przechodząc przez zamknięte drzwi.
Ciało żony spadło niczym kłoda.
– Nie śpisz? – usłyszał jej głos.
– Nie, idę do toalety – wyszeptał.
Obróciła się na bok, jakby nigdy nic, głęboko oddychając.
Przez dłuższą chwilę walczył sam ze sobą, zanim nacisnął klamkę.
Zapalił światło w przedpokoju i obszedł mieszkanie z zaciśniętą do bólu pięścią. Zegar w kuchni wskazywał kwadrans po północy.
Do rana towarzyszyło mu światło z przedpokoju, dobrze oświetlające róg sypialni.
– Nie śpisz kochany? – usłyszał ponownie głos rozespanej żony. – Kiepsko wyglądasz. Nie chodź tak późno spać.
Obrócił głowę w jej kierunku i przytaknął:
– Masz rację.
MARIAN A. NOCOŃ